Autor Wiadomość
Sambor
PostWysłany: Pon 18:52, 11 Wrz 2006    Temat postu:

No włąsnie się zastanawiałem czemu sie nie chciałaś pochwalić naszym pokojem Razz Chciałaś coś ukryc ??Razz No w sumie nam to mógł tylko pokój obok dorównac w wypitych trunkach, ale oni nie wstawali o 7.00 po 3 h snu Razz mieczaki....
ruda
PostWysłany: Pon 14:54, 11 Wrz 2006    Temat postu:

no narcyzie jeden - Stalinowe Lzy pilam z wami prawie do konca.. (fakt ze prawie robi dużą różnicę Very Happy ). doceniam ze nie marudziles na akademik, poza tym w naszym pokoju bylo nawet calkiem przytulnie Wink zapomnialam jeszcze napisac o podrywaniu przez Justyne miejscowych na tekst - czy jest tu gdzies klub rockowy? Very Happy no i oczywiscie o zamknietym tesco.. ale to tylko takie drobne epizody Wink Wink
Sambor
PostWysłany: Pon 12:05, 11 Wrz 2006    Temat postu:

No relacja że palce lizać Smile Pare razy znowu uśmiałem sie do łez Very Happy. A co moge dodać od siebie ??. Po pierwsze podróż z Józkiem to było traumatyczne przeżycie wiec prosze sobie z tego nie żartować Razz. Tak samo traumatyczne przeżycia powracajągdy mowa o Stalinowych Łzach, i tylko dzieki nam (czyt. Wita i mnie, Wit przez sen chyba pił Razz) udalo sie wam uniknac picia tego na sniadanie Very Happy. Co do zwiedzania to starałem sie jak mogłem ale po nieprzespanej nocy i paru promilach ciężko jest prowadzić tak niezorganizowaną wycieczkę Very Happy. A najlepsze co zapamietałem z wyjazdu to było to ze wieczorem pierwszego dnia wydawało mi się że siedzimy jużw pradze 3 dni Razz, co to brak snu i alkohol potrafia zrobićz mózgiem. O akademiku się chyba nie bede wypowiadał bo mi sie jako jedynemu podobał, widocznie reszta to francuskie pieski Wink. Co do Włoszki to przepraszam bardzo ale nie mogłem pokonać bariery językowej pomimo mocnego lobbingu z waszej strony( choć Kozi nadużywał słów durchwall i Adam w tym samym zdaniu Very HappyVery Happy.
ruda
PostWysłany: Nie 15:43, 10 Wrz 2006    Temat postu:

Z racji tego ze Praga to byl niezapomnany wyjazd, a raczej jedna wielka niekonczaca sie impreza, postanowilam cos niecos o niej napisac, zdaje mi sie ze pamietam wszystkie epizody (o dziwo!) ale moze cos umknelo mojej ulomnej pamieci wiec licze na dopiski reszty ekipy.

Ale od poczatku. Pomysl weekendowego wypadu w stylu EUROTRIP ('mi scuzi', o Józiu bedzie potem Laughing ) zrodzil sie pewnego slonecznego dnia w naszym niecoenionym uczelnianym ekskluzywnym barze 'wall street', a pionierem byl chyba jak zwykle Sambor, z goracym poparciem Pauli i moim (ze nie wspomne juz pomysle na Barcelone, ale wszystko jeszcze przed nami Very Happy). Plan był zeby wyruszyc tuz po Wielkanocy, w czwartek. Sambor zajal sie transportem - genialny pomysl z przejsciowkami u konduktora i kupnem biletu grupowego na dworcu w Petrovicach, szacunek. Ja z kolei w ciagu przerwy swiatecznej wyslalam bez mala z 30 maili do roznych noclegowni w Pradze, zeby wreszcie zarezerwowac nam kimanie w akademikach Strahov (tematowi warunkow sanitarnych w owym miejscu poswiece jeszcze czas w dalszej czesci relacji). W kazdym razie sprawy formalne zostaly dograne (oczywiscie na ostatnia chwile ale kto by sie tym przejmowal), a ekipa skompletowana: Paula, Zbyszek (vel Owsinogi Very Happy), Blondyn, Łapcia, Sambor, Justyna, nasza nieoceniona parka (Paulina + jej chlopak - imie mi jakos ukmnelo), Kozi, Witek i ja. Tak wiec w czwartek spotkalismy sie wszyscy na dworcu PKP w Krakowie z bagazami i niezbednym w tak dlugiej podrózy wyposazeniem - flaszką i paroma piwkami. Zajęliśmy dwa przedziały, w jednym towarzyszem podróży okazał sie być sympatyczny pan Józio - stary wyjadacz pracujący w Pradze - miał chłop nosa bo usiadł akurat w tym przedziale, gdzie robiliśmy flaszkę. Już w pociągu zaczęły się nietuzinkowe pomysły typu wlażenie na półke z bagażami (szkoda ze nie widziałam miny konduktora który zastał tam w pozycji leżąco-wykrocznej Justynę). Mnie sztuka bezbolesnego wspięcia się na nią nie wyszła - nie obyło sie bez destrukcji stoliczka pociągowego, ale spokojna głowa majster Witold go jakos przykręcił Very Happy Podróż do granicy upłynęła wśród licznych śmiechów, picia wódki i fotografowania się z naszym współpasażerem (który dziwnym zbiegiem okoliczności albo nie wiem czego jeszcze upodobał sobie Adasia i jego bodajze kolanko?? Very Happy nie no zartuje, lubil sie tylko obejmowac Laughing ). W kazdym razie jakos w stanie umiarkowanej trzezwosci (bo sęp Józio spił nam cala wódke) dotarlismy na dworzec w Petrovicach, gdzie czekało nas bojowe zadanie kupienia biletu grupowego do Pragi. Józek poczuł sie chyba w obowiązku spłacenia długu za picie naszej wódki na krzywy ryj, bo zaoferował, że on, jako wybitny znawca języka czeskiego kupi nam ten bilet (a przy okazji sam się załapie na znizke jako 12. osoba). Już chyba świnia by się lepiej dogadała po tym czesku, ale koniec konców dostalismy ten bilet. Ale to nie koniec podarunków od naszego niecoenionego przyjaciela Józia. W dowód dozgonnej wdzięcznosci zarówno za napój z polskich zbóż jak i za ten bilet postawił nam czeska flaszkę o wymownej nazwie 'Stalinovy Slzy' co w wolnym tlumaczeniu znaczy Stalinowe Łzy. Nie wiem czy Stalin ryczał jak bóbr jak pił to swinstwo, my w każdym razie dostawaliśmy skretow twarzy i odruchow lekko cofajacych zawartosc żołądka, ale twardo piliśmy na umór - a co, że my nie damy rady??!! W połączeniu z ciastami żony Jóżia, którymi uraczył nas w pociągu, dając mi je do podziału na naszą ekipę.. no co tu dużo mówić, była to wybuchowa mieszanka, która wreszcie nas zmogła do snu. Na pastwę Jóżia w przedziale zostawiliśmy tylko naszą parkę i chyba Koziego, a cała reszta zbiła się w jedna kupe w drugim. Przynajmniej nie było zimno Very Happy Do Pragi zajechaliśmy około godziny 7 rano i krótko mówiąc naszą przygodę zaczynalismy lekko rozbici fizycznie i psychicznie. Do kwaterowania w akademiku mielismy jeszcze spooooro czasu więc dzielnie zostawiliśmy bagaże w przechowalni na dworcu (generalnie syf kiła mogiła, czyli tak jak w Polsce - nie jestesmy najgorsi!) i ruszyliśmy na podbój stolicy.

Nasz pierwszy cel - most Karola. Zawsze pełen ludzi i straganów, o tej porze świecił pustkami więc spokojnie moglismy poprzygladac się pomnikom i powłazić na nie, a przede wszystkim zgadywac który jest który bo nasz PAN PRZEWODNIK Sambor miał pewne kłopoty z dopasowywaniem tych rzeczywistych do tych z ksiązkowego przewodnika - w sumie po tak ciezkiej nocy to trudno sie dziwic, tym bardziej ze byl jednym z bohaterow ktorzy dokonczyli dziela konsumpcji trunku Józia Laughing Ta beztroska wędrówka szybko jednak zamieniła się w rozpaczliwe poszukiwania miejsca spoczynku, bo głód przypilił, no i zmeczenie tez sie dało we znaki. Rozbilismy mini biwak na jakichs ławkach i pochłonelismy (tzn niektórzy, taak tak niektórzy rodzaju męskiego Very Happy) sniadanie. Entuzjazm do dalszej wędrówki bił od nas na kilometr.. każdy przysiadał gdzie mogł i ogólnie rzecz biorac dopadła nas bezsilnosc. Ostatnim wysiłkiem ktos rzucil haslo zeby isc na rynek, wiec z trudem podnieslismy dupy i w droge. Muszę przyznac ze mnie ten marsz troche orzezwil, bo uliczki w Pradze są naprawde imponujące. Zmeczenie przeszlo jak ręką odjął, został tylko kac ale z tym się da żyć, prawda? Very Happy Jak dotarliśmy na rynek postanowiliśmy, że się rozdzielimy (bo ciężko zapanować nad taką chołotą, tym bardziej że każdy chciał iść gdzie indziej) i spotkamy o pełnej godzinie pod ratuszem, żeby zobaczyć te słynne figurki gibające się do muzyki na starym zegarze astronomicznym. Witek, Kozi, Sambor i ja postanowiliśmy podjąc nie lada wyzwanie (zważywszy na stan akurat naszej czwórki) i wspiąc się na wieżę ratuszową. Lekko nie było ale niech żałują pozostali - widok na miasto był niesamowity, także nie obyło się bez sesji zdjęciowej, za to na szczęście obyło się bez zawrotów głowy i żygania Laughing Po wystepach ruszyliśmy do muzeum seksu, które jeden z naszych wyczaił w jakiejś ciemnej uliczce Wink Niestety obeszliśmy się smakiem bo ceny były tak samo wyjebane jak figurka jakiejś wymyślnej maszyny do sprawiania przyjemnosci cielesnych stojąca przy wejściu. I tym sposobem omineła nas taaaka zabawa - a wszystko przez czeską pazerność! Niepocieszeni udalismy sie do akademika i tak kolejna niespodzianka. Najpierw miła, bo Strahov okazało się być wzgorzem z pieknym widokiem na Pragę i stadionem Sparty Praga (raj dla Zbysia), niemiła trochę potem, jak zobaczyliśmy odrapane ściane akademika i nie mniej odrapane, walące stęchlizna pokoje.. no moze troche przesadzam, bo mi tam calkiem odpowiadalo, zreszta i tak nie spedzilismy tam nawet jednej calej nocy - nie mowiac o dniu Very Happy W akademiku rozrzucili nas po pietrach ale centrum dowodzenia znajdowalo sie oczywiscie u nas, na 5. Very Happy Wiekszosc ekipy walnęla sie spac ale najwytrwalsi ruszyli na podboj okolicy. Zahaczylismy o mini wieżę Eiffel'a, który chwiała się w rytm wiejącego wiatru (tylko czekalam az ktos pusci pawia na przechodniow, na szczescie siła woli zwyciezyla, jak to u sportowcow Very Happy) Potem był jeszcze gabinet luster i masa smiechu, szczegolnie na koncu, jak wszyscy zostali zniekształceni Very Happy w drodze powrotnej do akademika Zbysiu ujawnił swoje dziwne (a może normalne?? Very Happy) upodobania do fotografowania damskich posladków opiętych spodniami... cóż.. co kto woli Very HappyVery Happy Na wieczor zaplanowalismy Krizikova fontanne "tanczaca" do "Czterech por roku" Vivaldiego - mniejsza o fakt, ze po pewnym czasie pojebalo nam sie ktora to jesien, ktora wiosna itd.. a potem na impreze - naszym celem byl fajny klub z niedrogim wstepem, ale najpierw trzeba sie bylo zaprawic - nie ma to jak wodeczka pita z gwinta na ulicach Pragi przez 11-osobowa grupe Very Happy na druga flaszke ekipa sie troche wykruszyla - poszli zajac miejsca w klubie. A my w liczbie 5 - Justyna, ja i trzech muszkieterow Sambor, Kozi i Wit zrobilismy kolejna butelke w przytulnej miejscowie za jakims kosciolem. W drodze na impreze prawie ze zaliczylismy przejazdzke wózkiem widłowym - jakis naiwniak zostawil kluczyki w stacyjce, a przeciez kto jak kto, ale my nie przepuszczamy takich okazji. Niestety, albo raczej na szczescie (tylko nie wiem czy bardziej dla nas, dla wozka czy dla mieszkancow Pragi) nie chcial ruszyc - niewykluczone ze ktos z nas dupą przysiadl skrzynię biegów. Jedyne co nam zostało to kilka zdjęc robionych w biegu przez Sambora, który nie chciał się przyznać do naszych wybryków i spieprzał prawie tak szybko, jak jakiś przygodny turysta który widząc naszą czwórke na wózku zmienił kierunek podążania i uciekł jakby go goniło stado wygłodniałych gepardów Very Happy Zabawa w dyskotece była przednia, Zbysiu i Paula królowali na parkiecie, rywalizując w kategorii na najdziwniejszy taniec - nagroda ex equo Very Happy Nie obyło się oczywiscie bez próby rekompensowania strat pienieżnych które ponieslismy wydajac na wstep i piwo - po powrocie do akademika moglismy z dumą ogladac różnorakie kieliszki, szklanki, firmowe popielniczki... hitem wieczoru były próby zgarnięcia obrazków ze ściany przez Witka, no i oczywiscie rozkrecanie stołka które spaliło na panewce, bo ktos dokonał historycznego odkrycia, że to akurat cięzko bedzie niepostrzezenie wynieśc z klubu Very Happy

Na sobote zaplanowalismy zwiedzanie Hradczan, do ktorych mielismy z naszej bazy calkiem niedaleko na piechote. Przy jednym z zabytkow (nota bene zakratowanym klasztorze - chyba Czesi dostali cynk ze Polacy przyjezdzja z wizyta Very Happy) spotkalismy grupe naszych rodakow i bezczelnie się do niej podpielismy. Niestety ich przewodnik skumał że wycieczka się cudownie rozmnożyła i nas przepedzil - mała strata. Poradzilismy sobie sami, zaliczajac dziedziniec zamku, katedre sw.Wita i Zlota Uliczke. Potem zlapal nas deszcz i głód - no więc wracamy. Po drodze zaopatrzylismy się w kolejny hit wyjazdu - "parki v rohliku" czyli po czesku hot dogi Very Happy Potem obfity obiad w stolowce przy akademiku i chwila odpoczynku.. w sumie to nie wiem czy ktos z nas odpoczal, bo gniezdzilismy sie w jednym pokoju, jako ze czesc ekipy wyjezdzala juz tego wieczoru i musiala zwalic bagaze do nas. Poza tym nie obyło się bez spoznionego smigusa-dyngusa - ja wylądowałam pod prysznicem (w ubraniu i bynajmniej nie z własnej woli..), Witek zostal oblany podczas czynnosci fizjologicznych - sedes wygladal miernie Very Happy, a Sambor wystapil w nowym wcieleniu - jako mumia (ciekawe tylko czy egipcjanie tez mumifikowali papierem toaletowym). Jako ze pogoda byla niesprzyjajaca obalilismy pozegnalna flaszke z czescia ekipy, potem byly rzewne pozegnania i zostalismy w szostke - Paula, Zbysiu, Justyna, Blondyn i Łapcia pojechali do Krakowa. A my przebralismy sie za toaletowe żółwie ninja i poszlismy na zakupy do pobliskiego marketu, ktory prowadzil Murzyn.. a poszlismy po chleb tostowy, bo nasza parka miala toster - relwizyt niezbedny w kazdej miedzynarodowej podrozy! Very Happy Jak przestalo padac ruszylismy na dyskoteke - "the biggest", chyba 5 pieter no i zabawa przednia. Ze nie wspomne o podrywaniu pewnej Włoszki, ktorego to czynu dokonał... o nie, w tej czesci bajki nie ma miejsca dla imienia zadnego z facetow - tak, dokonałam tego ja Very Happy A ze laska była z okolic Tyrolu i niemiecki miala opanowany, Kozi probowal zrobic na niej wrazenie poligloty (nie ma to jak promocja AE zagranicą).. nie wiem co musiala sobie pomyslec laska o pojeciu szpanowania w POlsce, ale notorycznie powtarzane przez Koziego slowo 'durchfall" nie wywarło chyba na niej oczekiwanego wrazenia Very Happy Była rowniez mala szarpanina Koziego z ochroniarzami w klubie, przy gorącym dopingu miejscowych. Ostatni dzien spedzilismy na koczowaniu w róznych przyjemnych i mniej przyjemnych miejscach Pragi. Do przyjemnych z pewnoscia zaliczymy knajpke 'U Fleku' (albo jakos tak) - w kazdym razie to najstarszy funkcjonujacy w Pradze browar a serwowane tam piwo to raj dla podniebienia Very Happy Niestety oprocz piwa stac nas bylo jeszcze tylko na skromny obiad w KFC, w ktorym spedzilismy chyba ze 3 godziny, bo zalapalismy sie na wielka dolewke i ciagle eksperymentowalismy z dostepnymi tam napojami:D przy okazji powstał nowy zwrot autorstwa Sambora - 'how kolik?' Very Happy Very Happy Aha, oczywiscie nie obylo sie bez kupna prezentow.. ale w tym miejscu nie ma sie za bardzo czym chwalic, bo nasz skromny budzet pozwolil nam tylko i wylacznie na zakup mikroskopijnych krecikow... NO COMMENT .. Przezylismy jeszcze chwile grozy, gdy Koziemu zaszkodzila czeska kielbasa z grilla... która kolo kielbasy to pewnie nawet nie lezala. Faktem jest ze nasz kompan na pewien czas zmienil odcien twarzy na lekko zielonkawy i ciagle mowil cos o zyganiu Very Happy Na szczescie obylo sie bez tego i szczesliwie wsiedlismy do pociagu do Krakowa.

No i to chyba tyle ode mnie, jak cos mi umknelo to prosze o dopisywanie, generalnie wyjazd byl zajebisty i czekam na powtorke - tym razem Budapeszt?? Laughing Wink

Powered by phpBB © 2001,2002 phpBB Group